ATMOSPHERIC.PL (PL)
Autor: Kasia
ETERNAL DEFORMITY to kawał historii polskiego, podziemnego metalu. W latach 1994-2002 zespół nagrał cztery materiały, które zapisały się w pamięci fanów klimatycznego grania. Teraz grupa powróciła po pięciu latach uśpienia - pełna sił witalnych! Kapela reaktywowała się w prawie niezmienionym składzie, więc tym bardziej należy się chłopakom szacunek za wytrwałość. A w jakiej są teraz formie? Znakomitej! Oni sami oraz wytwórnia Code666 określają twórczość zawartą na nowej płycie „Frozen Circus” mianem avant-garde metalu. Ale cóż to oznacza?!? Jakby no to nie patrzeć i jakim by nazewnictwem się nie posiłkować, faktem jest, iż zespół kontynuuje i świetnie rozwija swój styl znany z poprzednich wydawnictw. A że już dawniej muzyka ETERNAL DEFORMITY odznaczała się sporą różnorodnością, żywiołowością, bogatymi aranżacjami i środkami wyrazu nie inaczej jest obecnie. A jest jeszcze lepiej, odważniej i bardziej dojrzale. „Frozen Circus” zachwyca swoją nietuzinkową melodyką doskonale wbudowaną w mosiężne riffy i ekspresyjną grę perkusji. Klawiszowe pasaże dodają utworom głębi. Tworzą zresztą takie kosmiczne przestrzenie, wyposażając je w dodatkowy ładunek emocji. Gitarzyści wygrywają swoje solówki z polotem. Zresztą w grze wszystkich instrumentalistów słychać pasję i witalność. Innym wyróżniającym się elementem jest głos Kofiego, który gra również na basie i w ogóle na początku działalności grupy był odpowiedzialny tylko za cztery struny. Jednak od dawna jest także wokalistą „pełną gębą”, który ma unikalną barwę głosu i doskonale wykorzystuje swoje możliwości. Śpiewa zazwyczaj łagodnie, ale potrafi też zadziornie, z zacięciem. A na pewno z ogromnym wyczuciem i zaangażowaniem, a nawet pietyzmem. Dobrym przykładem na to, jak ekstatyczny potrafi być Przemek, jest np. kompozycja „Little 15” (będąca coverem DEPECHE MODE!). Cały album jest świetnie zaplanowany, trzyma w napięciu, słucha się go „jednym tchem”. Przemija w mgnieniu oka, pozostawiając niedosyt i niepohamowaną chęć ponownego obcowania z tym dziełkiem. „Frozen Circus” galopuje lub płynie z ogromną lekkością. To z jednej strony płyta bardzo klimatyczna, a z drugiej właśnie rozbrykana, rozpastwiona, uskrzydlany przez czasami wręcz przebojowe melodie, które zapadają w pamięć i skradają serce. Niektóre utwory naprawdę nadawałyby się na single... Muzyka nie jest ani agresywna, ani brutalna, ani bluźniercza. Ma jednak swoją szybkość i rozmach, jest szalenie energetyczna, dynamiczna, bombastyczna, w efekcie mocno kopie. A przede wszystkim ETERNAL DEFORMITY wciąż gra metal!!! A właściwie jest to natchniona twórczość na granicy kilku gatunków. Stanowi miksturę death/gothic/doom/heavy. Jeśli chciałoby się porównać dźwięk do obrazu, to można powiedzieć, że płyta mieni się barwami tęczy... Motywy zmieniają się jak w kalejdoskopie. A za nowy w muzyce kapeli element objawiony na „Frozen Circus” można uznać tak nietypowe momenty jak intro „Retrospection”, katarynkowy wstęp do „Endless Night”, skrzypki w „Lovelorn” czy utwór „Crime” od połowy z niemieckim tekstem, znamiennymi klawiszami, klimatem groteski, fałszami pod koniec... Poza tym przy okazji tej płyty zespół wykreował swój nowy image takich bezpretensjonalnych arlekinów (vide ksywki i zdjęcia, gdzie muzycy jawią się jako tania imitacja ARCTURUS`a) przedkładający się także niebezpiecznie i zagadkowo urokliwą okładkę „Frozen Circus”... Reasumując - brawa dla ETERNAL DEFORMITY za całość!!!











