METAL.NET.PL (PL)
No i po raz kolejny trafia do mnie płyta zespołu, który gra swoje od lat, nagrywa kolejne płyty, a ja nic o nim nie słyszałem. Na domiar złego jest to zespół polski, więc powinno się obić o uszy to i owo. Niestety, czwarty już w dorobku Eternal Deformity krążek „Frozen Circus” to mój pierwszy z grupą kontakt i cieszę się, że wreszcie do tego doszło, bo muzyka, jaką prezentuje ten niezwykły krążek wywołuje jak najbardziej pozytywne emocje i robi dobre wrażenie.Nie podejmę ryzyka nazwania i określenia jednoznacznego stylu, w jakim tworzy Eternal Deformity, bo to zadanie karkołomne i coś w rodzaju „mission impossible”. Wystarczy zaznaczyć jedynie, że mamy tu kilka, jeśli nie kilkanaście różnych stylów muzycznych i to nie tylko w ramach metalu. Praktycznie jest tu wszystko, czego dusza zapragnie, a nawet więcej. Można by to porównać do wielkiego tortu pełnego przeróżnych bakalii. Jest i gotycko, odrobinę doomowo, nie zabrakło również i elementów black metalu, heavy metalowych melodii, symfonicznych orkiestracji, na siłę wychwyci się ambientowe rodzynki, progresywne ozdobniki, a wszystko pokryte przepyszną, klimatyczną, nieco groteskową polewą, która spaja wszystkie te składniki w jedno.
Już w tajemniczej, nawiązującej do tematyki cyrkowej introdukcji czuć niesamowity klimat i napięcie. Nad całą płytą unosi się ta atmosfera dziwnej, teatralnej, dusznej specyfiki, która wywołuje w wyobraźni obrazy. Podczas słuchania „Frozen Circus” mam przed oczami właśnie ponury cyrk, groteskowe maski i kostiumy. Ciekawe to wrażenie i tak odmienne od wszystkiego, z czym mamy na co dzień do czynienia. To jest właśnie największym atutem tego albumu, że od początku do końca trzyma w napięciu i nawet po kilkunastu przesłuchaniach nie męczy i nie nuży, bo ciągle czymś zaskakuje.
Instrumentarium, jakim posługują się muzycy jest dość szerokie, bo oprócz metalowych gitar zastosowano tu w dużych ilościach możliwości jakie dają instrumenty klawiszowe. Praktycznie są one wykorzystywane w równym niemal stopniu co gitary. Sporo tu pseudo symfonii oraz mnóstwo różnego rodzaju dźwięków imitujących flety czy inne nietypowe cuda, a także tradycyjne pianino. Jeśli chodzi o wrażenie ogólne, to muzyka, jaką gra Eternal Deformity nasuwa mi skojarzenia z inną polską grupą – Asgaard, która kilka lat temu zrobiła spore zamieszanie płytą „Ex Oriente Lux”. Podobna specyfika, teatralny rozmach, groteska i ogólny klimat. Dodatkowo w kilku momentach wychwyciłem nieco podobieństw do innej klimatycznej kapeli – Mordor z okresu albumu „The Earth”.
Nie jestem wielkim fanem takich dźwięków, ale mimo kilkunastu przesłuchań, nie czuję się ani odrobinę zmęczony tą muzyką, co dobrze o niej świadczy. Jest tu jakaś dziwna siła, która przyciąga i potrafi momentami zawrócić w głowie. Wszystkie kawałki są bogate w ciekawostki, aranżacyjne niespodzianki i kipią od niebanalnych pomysłów. Dobre wokale, łączące natchniony, wzniosły, czysty śpiew z blackowymi skrzekami i dziką wściekłością. W kilku utworach słyszymy też kobiece wokalizy, które doskonale partie wokalne uzupełniają. Ciekawą rzeczą jest umieszczenie utworu „Little 15”, który jest coverem Depeche Mode. Kawałek fajnie wpasował się w album i zdaje się być stworzony specjalnie na niego.
Płyta nie rzuciła mnie na kolana i nie wielbię jej, ale zrobiła na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie. Nie jestem fanem takich klimatów, ale potrafię dostrzec także pozytywy tej stylistyki, a Eternal Deformity zaskoczył mnie pozytywnie. Warto posłuchać choćby dlatego, że jest to zespół z Polski, któremu udało się podpisać kontrakt z zagraniczną wytwórnią i przekonać się, że czasem i tak „dziwaczna” muzyka, ma wzięcie. Z pewnością nie raz jeszcze sobie „Frozen Circus” odświeżę.











